Starsi panowie dwaj i… maj 01.05. – 24.05

01.05. – piątek

Koszmarna godzina 5,00 dzwoni mój budzik. Wcale nie jestem ciekawa jak świat o tej porze wygląda. Wstaję i półprzytomna robię dwie kawy. Jedną do kubka na henrykowe biurko, a drugą do termosu. Wracam do łóżka życząc szczęśliwej podróży – „Buon viaggio” i prosząc by łaskawie odzywali się z drogi.

Henryk jedzie najpierw po Waldka. Potem razem aż do Włoch na miejsce noclegu – Ristorante Sottocastello w miejscowości Cassacco. Taki długi odcinek, bo mają się zmieniać za kierownicą.

Ragazzi grzecznie zameldowali się z drogi jeszcze w Polsce, potem z Austrii niedaleko granicy z Włochami a potem cisza w eterze. Wiedziałam, że powinni być na miejscu około 20-tej. Dałam jeszcze trochę zapasu i około 21-wszej zaczęłam dzwonić. Hen nie odbierał, a o Waldka telefonie cały czas miałam informację, że jest zajęty.

Próbowałam wielokrotnie raz do jednego, raz do drugiego. Kiedy mój nerw… ,żeby nie powiedzieć dosadniej, sięgnął zenitu. Zadzwoniłam do córki Waldka. Ona dodzwoniła się do tatusia i okazało się, że Waldek podał mi zły numer telefonu, a Henryk, jak zwykle, nie zabrał telefonu z samochodu. Obaj są na miejscu. Zadzwoniłam ponownie i dałam upust swoim nerwom bo inaczej chyba by mnie rozerwały. Tzn ragazzi dostali regularny opieprz. Oczywiście moje ragazzo oberwało więcej bo bardziej mu się należało. Do restauracji na kolację nie poszli, tylko postanowili dojadać suchy prowiant. Poza tym pokoje były tylko na piętrze nad restauracją i Hen musiał się tam wgramolić po ażurowych stalowych schodach. Przy rezerwacji wiedzieliśmy, że nie ma pokoi na parterze i Hen podjął to wyzwanie. Poprosiłam tylko, żeby porobili jutro trochę zdjęć okolicy hotelu, tych koszmarnych schodów itp.

02.05. – sobota

Zadzwonili z drogi, że dobrze im się jedzie. Ale oczywiście zdjęć żadnych nie zrobili. Czy ja naprawdę wymagam czegoś niemożliwego? Przecież nie muszą obsługiwać camera obscura. Wystarczy w telefonie nacisnąć odpowiedni guziczek. Kolejny opiernicz… i za chwilkę dostałam (na odczep się babo) 3 zdjęcia z Apeninami w oddali a potem jeszcze dwa z parkingu.

wybrałam to najlepsze z Apeninami
zmiany za kierownicą

Pod wieczór zadzwoniłam do Henryka – oczywiście nie odbierał. Zadzwoniłam do Waldemara i okazało się, że dopiero przyjechali i Hen popędził do „il bagno” [łazienki]. Po jakimś czasie znów ja zadzwoniłam. Znów do Waldka – bo Henryka telefon nie raczył odpowiadać. Panowie siedzą w kokpicie, słuchają muzyki z okolicznych knajpek. Narzekają tylko, że słyszą muzykę z dwóch knajpek na raz. Z jednej lecą fajne melodyjne kawałki, a z drugiej jakieś łupu cupu. A Henryka telefon na ładowaniu …

03.05. – niedziela

Dowiedziałam się tylko, że Waldemar kursował w zaprzęgu, jak to ja zwykle robię i zwoził z samochodu dobytek. Potem poukładali wszystko. Ja przy poprzedniej wyprawie miałam dużo więcej. Ale oczywiście to oni ciężko pracowali. Przysłali zdjęcia jak to są zarobieni…

Od tej pracy odciski na zadkach mogą się zrobić
Jak widać – pełne ręce, ale czy roboty?

04.05 – poniedziałek

Ten poniedziałek chyba „szewski”. Wieczorem dowiedziałam się, że kompletnie nic nie robili. Odpoczywali przed zaplanowanymi pracami.

05.05. – wtorek

O godzinie 10,07 otrzymałam zdjęcie „kapitan mówi dzień dobry”

Widzę, że szprycbuda założona

Za chwilkę doszły zdjęcia, że bimini też założone i zamontowana butla z gazem.

Aż się boję, że się przepracują. Waldemar już się skarżył, że: „Niestety ciężka harówa, nawet kropelki alkoholu nie można bo robota i robota. W gębach pozasychało.”

No i proszę – po południu Kapitan zadzwonił, że dziś Waldemara imieniny i będą świętować.

06.05. – środa

Ragazzi wzięli się do pracy. Hen czyścił relingi, a Waldek poprawiał dzielnie wyblakłe na słońcu napisy na kołach ratunkowych i odbijaczach.

Wymienili też strzępy bandery włoskiej na nową.

07.05. czwartek

W nocy padał deszcz, rano też. Pokład mokry – prace muszą być wstrzymane. Panowie czekali aż pokład wyschnie i… doczekali się żaru z nieba. Znów niedobrze…

08.05 – piątek

Pogoda się zmieniła – zaczął dmuchać mocno wiatr i bujać łódką. Wiatr tak dmuchał, że wrzucił do wody nasz wózek transportowy. Panowie próbowali najpierw magnesem, potem wiązali ze sobą bosaki, żeby móc sięgnąć topielca i po wielu próbach i zmaganiach Waldemara udało się wyciągnąć. Ufff, dobrze, bo to bardzo potrzebny sprzęt. W tej marinie nie widziałam wózków transportowych do bagaży.

09.05 – sobota

Trochę się Panowie ogarnęli. Henryk dalej czyścił relingi a Waldemar umył dach kabiny i napełnił zbiorniki z wodą. Poza tym został kucharzem pokładowym i dzielnie mnie zastępuje.

Waldek przepadł w czeluściach kuchennych
napełnianie zbiornika
kosz tratwy ratunkowej przed czyszczeniem
i po czyszczeniu

10.05. – niedziela

Żeby ragazzi święcili dzień święty i nie zabierali się za mycie pokładu bogowie rzymscy zesłali deszcz.

„La domenica è un giorno di riposo.” więc musieli, chyba bez bólu, riposo [ odpoczywać].

11.05. poniedziałek

Panowie wybrali się po zakupy do „Famila”. Henryk tym razem zabrał swój skuterek, żeby nim jeździć po sklepie.

Zwykle siedzi z Piratem w samochodzie a ja załatwiam zakupy. Różne są tego powody. Raz spróbowaliśmy z piesełem, bo wolno. Nawet specjalne wózki zakupowo-piesełowe są. Henryk był wtedy pieszo. Szczerze powiem, umęczyliśmy się oboje. Sklep jest bardzo rozległy, więc Henryk doszedł do kas resztką sił. Wózek niezbyt wygodny, bo na górze pieseł, a miejsce na zakupy na dole. Całe szczęście nasz futrzak nieduży, więc i trochę zakupów z nim się zmieściło. Ale więcej tego powtarzać nie będziemy.

Wracam do tematu:

Panowie po zakupach zdawali mi relacje. Były bardzo niespójne. Jeden skarżył się na drugiego, że wpadł w amok zakupowy. Obawiam się, że były dwa amoki z uwagi na obfitość towaru i za duży wybór. Na szczęście pamiętali o moim „Modin spritz”, który ma przyjechać do Polski. Kupili tylko 4 butelki bo było mało miejsca w koszyku. Ciekawe czym był wypełniony?

Przesłane zdjęcia były takie:

oczywiście trzeba spróbować lokalnego trunku
Czy oni nie zamierzają opuścić swoje kobiety i zamieszkać na łajbie razem?

A Waldemar zrobił jeszcze jeden zakup, w którym mu pomogła jakaś miła Pani. Nie wiem jak się dogadywali, grunt, że się dogadali, a potem miło żegnali. Tym zakupem były stopery do uszu, żeby nie słyszeć disco italiano z restauracji „Bacalaio”, która jest na wprost wyjścia z naszej kei.

12.05.- wtorek

W Polsce, jak wieje halny, to górali nosi, „nosi straśliwie od knajpy do knajpy”. We Włoszech jak wieje sirocco to nie wiem co robi z Włochami ale „i signori polacchi non si sentono bene” [panowie z polski nie czują się dobrze]. Wolą nic nie robić, no może jedynie napić się drinka żeby to nie wiatr hulał po głowie.

15.05. – środa

Kapitan uprzejmie doniósł, że zjedli śniadanie i zabiorą się zaraz do pracy. Potem, o 11,27 Waldemar przysłał dowód na to, że się pracuje.

Za godzinę przysłał zdjęcie, że jest drugie śniadanie.

A za kolejną godzinę uprzejmie doniósł, że leje i pioruny walą, a na dowód przysłał filmik, który niestety nie dał się zamieścić tutaj.

16.05.- czwartek

Dziś panowie dziarsko zabrali się do pracy. Ja w napięciu czekam na efekty mycia pokładu płynem, który kupiłam „nie szczędząc środków finansowych”.

Wczoraj szorowali proszkiem zakupionym wcześniej, którym próbowaliśmy w zeszłym roku wyczyścić kokpit i jakoś efekty były niewspółmierne do wysiłku. Zostało tego proszku trochę i chcieli go wykorzystać.

Wreszcie dostałam zdjęcie:

O matuś! Ale cudny! – nie Waldek oczywiście, tylko wyszorowany pokład. Warto było wydać kasę. Efekt jest super!

O 15,00 zaczęło grzmieć i pracę zakończono.

15.05. – piątek

Dziś o 8,24 dostałam taką wiadomość: „Dzień dobry. Nie chce się z łóżka wyłazić”

Czyli prace na pokładzie znów wstrzymane. Ech…

Później okazało się, że słonko wyszło, osuszyło pokład i znów prace wznowiono.

To, z czego się tak cieszyłam, że mój zakup taki świetny – to nie prawda! Kapitan powyciągał jakieś pochowane resztki wcześniej używanych szuwaksów i tym szorują w pocie czół, a moich jeszcze nie używali.

tak wygląda przed szorowaniem
a tak po czyszczeniu

16.05. – sobota

Waldemar znów przywitał mnie: „Deszcz. Dzień dobry.”

Wciąż nie skończyli czyszczenia a przecież jeszcze trzeba olejem pomalować. Nie można przewidzieć kiedy będą wracać. Nie mogę rezerwować noclegu. A może oni tam chcą zostać?

Wieje zimny wiatr, ale dzielni panowie planują kontynuować prace. Dogadałam się z Henrykiem, że zarezerwuję im nocleg w Austrii z soboty na niedzielę 23/24 – go. Wolą jechać w weekend, bo nie ma na autostradach tłumu ciężarówek. Za to trudniej wtedy znaleźć jakiś nocleg w rozsądnej cenie. Ale to już moje zmartwienie.

„Szukajcie a znajdziecie…” – znalazłam. W Austrii, bardzo blisko autostrady, na parterze, za rozsądną cenę. Ponieważ zmieniają się za kierownicą będą mieli do pokonania 1011 km.

17.05. – niedziela

Od rana olejowanie pokładu.

Henryk przewiduje, że nie wystarczy oleju, bo drewno mocno wysuszone i pije jakby miało kaca.

Pozostają jasne plamy, które niemalże krzyczą: „piiiić”.

Ponieważ jutro panowie znów wybierają się po zakupy, znalazłam w Manfredonii sklep dla żeglarzy żeby mogli kupić puszkę oleju i skończyć prace.

18.05. – poniedziałek

Od rana cisza, nie mam żadnej wiadomości. Wiem, że mają zrobić zakupy w sklepie żeglarskim i w Famila. O 14,20 otrzymałam od Waldemara zdjęcia.

w drodze do Famila
już już tuż tuż
trochę niewyraźne ale jest
Panie Kierowniku! Patrz w swoje lewo, tu są winka dla mnie. Po prawej są mocniejsze trunki.
Takie góry wokół Manfredonii

Przed zakupami w Famila pojechali do sklepu żeglarskiego, który im znalazłam. Okazało się, że są dwa sklepy niedaleko siebie. Zaparkowali, przy tym, gdzie było miejsce. Oleju nie było ale pan z obsługi pobiegł do sąsiadów i przyniósł. Czyli nie konkurencja a współpraca.

Waldemar dzielnie zastępuje mnie na miejscu cooka. Kupił rybę i zrobił na obiad. Hen gdyby był sam, jadłby zupki z proszku i konserwy.

filety z ryby jakiejś flądrowatej

Henryk twierdził, że ryba była bardzo smaczna.

19.05. – wtorek

Ragazzi pracują w pocie czoła.

Hen walczy w kokpicie: czyści, szoruje. Będzie można zaolejować i spokój do jesieni. Waldemar wymienia gniazdko elektryczne zewnętrzne, do którego podłącza się prąd z kei.

Bierzemy szczotę w lewą rękę, bo prawa boli i… szuru buru, szuru buru.
No czego znów chcesz?
A pozować do zdjęcia? Już się robi.
Chyba przytłoczony nawałem pracy. A niee, to palec Henryka na obiektywie!

20.05. – środa

W planach znów zakupy. Tym razem Hen siedzi w samochodzie a Waldemar szaleje w Famila.

Znów kupił rybę. Tym razem z rodziny dorszowatych. Czyli ponownie trafił na sprowadzaną z północy. Ja wolę kupować na stoisku z obsługą a nie te porcjowane. Poza tym, że są tam ryby łowione lokalnie, to jeszcze obsługa się cieszy jak słyszy obcokrajowca cedzącego słowa po włosku.

filetto brosme
Po drodze Siponto i jakiś włoski zwierzolub na spacerze.
Lungomare del sol.
Pomimo – widok z nabrzeża.

Wieczorem jeszcze raz rozmawiałam z Henrykiem i Waldemarem. Byli w trakcie delektowania się grappą.

Zapytałam jak smakowała ryba i… zaległa cisza. Myślałam, że połączenie się zerwało ale usłyszałam takie: „hm…. yyyy… jakby tu powiedzieć?”. Wydusiłam wreszcie zeznania, że to była latająca ryba, bo wyleciała za burtę. Waldek po rozpakowaniu fileta zauważył, że są na nim kryształki soli. Umył więc rybkę dokładnie, już nie solił tylko doprawił ziołami i pieprzem oprószył mąką i usmażył. Niestety rybka nie dała się zjeść bo była tak słona jak nasz śledź wyciągnięty z solanki i nie wymoczony. Waldemar w szoku, bo pierwszy raz spotkał się z tak soloną rybą. Wcale mu się nie dziwię, bo też nie wpadłabym na to żeby moczyć fileta przed smażeniem.

21.05. czwartek

W nocy wiało okropnie i panowie się nie wyspali. Potem wiatr trochę się uspokoił i mogli dokończyć prace w kokpicie. Wiatr trochę odpoczywał, a potem dmuchnął z dużo większą siłą i zarządził: „koniec szwendania się po łajbie, chować się i siedzieć na d…”. Który to był bóg wiatru nie wiem. Nie powiedzieli mi z której strony wiał. A jest ich tam czterech: Akwilon – bóg wiatru północnego, Fawoniusz – bóg wiatru zachodniego, Auster – od wiatru południowego i Vulturnus – od wiatru wschodniego. W sumie obojętne, bo i tak szefem ich wszystkich – nadrzędnym bogiem nieba, który kontroluje pogodę i burze, jest Jowisz.

22.05.- piątek

Cały czas wieje i to mocno. Ale wiem, to Akwilon rozrabia.

A Panowie pakują manatki i zbierają się w drogę. Waldemar, złota rączka, jeszcze z uporem godnym wyższej sprawy naprawił lampkę w kajucie piętrowej. Jesteśmy z niego dumni.

Waldemar – naprawiacz wszystkiego też jest z siebie dumny
Pamiętam, że lampka wisiała na kabelkach
A Henryk grzebie w telefonie

23.05.-sobota

O godzinie 9,15 dostałam zdjęcia zrobione przez okno samochodu. O 11,30 zadzwonił Henryk, że są na wysokości Ankony. Wyjechali o 7,20 ale jedzie się dobrze, bo nie ma ciężarówek.

Na miejscu noclegu byli około 20,00. Nocleg bardzo blisko autostrady. Apartament dwa pokoje z kuchnią i łazienką. Panowie zadowoleni. Mogli porozumieć się po rosyjsku, bo gospodarz z pochodzenia Ormianin. Trochę niechętnie używa się tego języka, ale lepiej się dogadać niż nie dogadać.

Panowie chyba pamiętają opieprz, który zebrali w drodze do Włoch i zaraz po przyjeździe zameldowali się grzecznie i porobili zdjęcia.

widok przez drzwi balkonowe
pokój z telewizorem
kuchnia
Henryk jeszcze torby nie zdjął i już się gospodarzy
drugi pokój i widok na korytarz
korytarz
łazienka
Waldemar wysyła mi zdjęcia
Już wysłał i zadowolony, że nie zrobię afery.

24.05.- niedziela

Czekałam na kontakt do 11,00. Wreszcie nie wytrzymałam i zadzwoniłam. W Henryka telefonie jakaś kobita szwargotała po niemiecku – tzn. austriacku. Dla moich uszu, austriacki brzmi jeszcze ostrzej niż niemiecki. Waldemara telefon odebrał Henryk. Przekroczyli już granicę czeską.

Henryk pojawił się w domu około 18-tej jakiś taki … – kanciasty. Ledwo szedł, bo „zasiedział się” w samochodzie i jakoś trudno było mu się spionizować. To już chyba nie ten wiek. Lepiej nie oszczędzać na hotelach a oszczędzać zdrowie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *