„Pomimo”! Już do ciebie jedziemy! 01.04. – 20.04. 2026r.

01.04. – środa
Plany były takie, żeby wstać o 6,00, spokojnie wypić kawę w domu, zrobić też do termosów na drogę, dopakować jeszcze ładowarki wszelkie i jakieś tam przydasie i o 8,00 wyruszyć w drogę. Tak się sprężyłam, że o 7,00 byłam gotowa i zaczęłam poganiać kapitana, żeby się ogarnął. O 7,10 wystartowaliśmy. Trochę w stresie, czy nic złego nie będzie się działo z bagażnikiem rowerowym na haku i zapakowanym tam skuterkiem Henryka.

Pierwszy raz tak jedziemy. Bagaże pomogli nam w niedzielę spakować młodzi: Weronika i Jarema. Było tych klamotów mnóstwo. Pełen bagażnik pod sam dach.
Kapitan wpadł przed wyjazdem w jakiś amok zakupowy. Kasze, ryż, konserwy – w takich ilościach, że zaczęłam podejrzewać, że chyba chce mnie porzucić i zamieszkać na łajbie. Ubawiłam się po pachy gdy zobaczyłam, że kupił włoskie makarony, żeby zawieźć je do Włoch.







No dobrze już … dość narzekań. Grunt, że jedziemy. Nocleg zabukowany w miejscu już nam znanym w Austrii w miejscowości Pernegg an der Mur. Nazwa koszmarna, nie do zapamiętania dla mnie, ale wioska urokliwa. Przez chwilę planowaliśmy zatrzymać się najpierw w knajpce na kolację, a dopiero później udać się jakieś 300 m dalej na nocleg. Jednak kiedy wspomnieliśmy sobie z poprzednich podróży austriackie porcje jedzenia podawane w wiejskich karczmach , np. położony na „kartofelsalad” „schweinekotelett”, który zwieszał się z dwóch stron talerza i opierał o stół. Zrezygnowaliśmy z takiej gościny i pojechaliśmy bezpośrednio na nocleg. Tym razem dostaliśmy większy apartament od tego, w którym byliśmy poprzednio. To po prostu ładnie urządzone pełnowartościowe, dwupokojowe, przestronne mieszkanie z wyjątkowo wygodnym łóżkiem. Spało się wyśmienicie.

02.04.26 – czwartek
Rano o 6,00 pobudka. Szybka kawa i w dalszą drogę. Rześko, oj rześko, żeby nie mówić – zimno. W Alpach jeszcze na sporych połaciach leży śnieg.



Nasza nowa Yariska informowała nas uprzejmie, że od miejsca noclegu będziemy mieć paliwo na jeszcze 100 km. Dziś po przejechaniu kilku kilometrów zmieniła zdanie i poinformowała, że wystarczy nam na 48 kilometrów. No i nerwówka, bo w takiej odległości na autostradzie stacji benzynowych brak. Trzeba gdzieś zjechać w bok, żeby zatankować. A… dygresja na temat cen paliwa. W Austrii paliwo było drogie, a w związku z wojną Trampa – nie podrożało.


Po przekroczeniu włoskiej granicy już tradycyjnie zatrzymujemy się przy „Autogrillu” i na śniadanie zjadamy pyszną pizzę Margheritę – jedną po połowie, bo porcja spora. Dziś do pokonania znów ponad 800 km. Na miejsce noclegu dojeżdżamy ~18,00 – za wcześnie na kolację, bo tę podają dopiero od 19,30. Napiliśmy się więc Aperolspritz a do tego podali nam 4 różne grzanki.

Poszliśmy do pokoju wyprostować gnatki i doczekać do pory kolacji.

Ciekawostka – żywopłot, który odgradzał ogródki poszczególnych apartamencików był z krzewów laurowych i pachniał niesamowicie.




Na kolację zamówiliśmy sobie pizzę, bo nie byliśmy w stanie jeść tak, jak robią to Włosi: primi piatti, secondi piatti, deserti. Henryk zamówił pizzę normalnych rozmiarów z pikantnym salami a ja małą „per Bambini” – pizza bianca con tartuffi [biała z truflami].




O matuś co za pyszota! Ciasto cieniutkie, chrupiące. Smak – rewelacja! Do tego jeszcze dobre wino i „ero al settimo cielo” [byłam w siódmym niebie]. Ten nocleg też bardzo trafiony.
03.04. – piątek
W cenie noclegu było śniadanie, więc poszliśmy. Niestety „colazione” typowo włoskie: ciasta, ciasteczka, ciastunia – tutto dolce. Nawet jednego z ciast spróbowałam ale słodycz przekraczała 100% cukru w cukrze. Wypiliśmy więc pyszną kawę i w drogę.




Do przejechania krótki odcinek bo trochę ponad 300 km. Po krótkim czasie zaczął się koszmar – korek. Wlekliśmy się 15km/h potem postaliśmy trochę, potem znów prędkość taka, że babcia na rowerze wyprzedziłaby nas bez wysiłku.


Tak prawie połowę drogi. Wykończeni nerwowo i fizycznie dotarliśmy do mariny po 14,00 a mieliśmy być jeszcze przed sjestą, żeby odebrać z recepcji kartę do otwierania szlabanu na parking i zostawić souveniry – prodotti tipici dalla Polonia. Dla direttore żubrówka i sok jabłkowy a dla kobitek z recepcji pierniki toruńskie i śliwki nałęczowskie w czekoladzie.
Przy szlabanie musieliśmy wziąć „biglietto” – jutro oddam w recepcji, bo nie mamy zamiaru płacić za przynależny nam parking.
Po dotarciu na miejsce parkingowe pierwsza czynność to odsikanie wszystkich członków wyprawy. Wiadomo – czterołapny załatwił tę sprawę pierwszy. Potem zdjęliśmy z bagażnika Henrykowy skuterek i pędem do barku Movida.


Przywitani serdecznie przez właściciela i kelnerkę zamówiliśmy po aperolu, frytki i sałatkę caprese. Trzeba było trochę odreagować trudy podróży. Poszliśmy do „Pomimo” pełni obaw co zastaniemy po zimie. Wiatr popruł bimini i pozrywał taśmy. Z banderek: włoskiej i polskiej pozostały strzępy.


Po otwarciu suw klapy – miłe zaskoczenie, bo nie było odoru stęchlizny ani żadnego innego a przecież pół roku bez wietrzenia. W zęzie było tylko trochę wody, którą kapitan natychmiast wybrał.


Dziś tylko dwa kursy z wózkiem po rzeczy ze środka samochodu. Opróżnianie bagażnika postanowiliśmy zostawić na jutro. Po zniesieniu tego wszystkiego do messy jeszcze tylko romantyczna kolacja przy świecach: mielonka turystyczna i kapusta kiszona z Polski i pad płaski na koje.


04.04.- sobota
W nocy zerwał się wiatr. Od 2,00 nie spałam, bo łajbą trzęsło jakby ktoś ciągnął ją po bruku. Takie wrażenie występuje głównie w kabinie dziobowej, którą zajmuję. Zasnęłam nad ranem i jeszcze całkiem dobrze pospałam.
Pomyślałam, żeby zaraz po wypiciu kawy i odsikaniu uszatego potworka pojechać załatwiać różne sprawy.
1] do recepcji dać upominki, 2] wziąć kartę – klucz do szlabanów, 3] oddać „biglietto” wzięte wczoraj 4] pojechać do „Famila” po zakupy, bo święta a my bez chleba, pomidorów, jajek itp..
W recepcji Pani Rita miło mnie powitała, wszystko, co trzeba załatwiłam i pojechaliśmy do Famila. A tu… MASAKRA!!! Tłumy ludzi! Czy wszyscy Włosi robią zakupy świąteczne w ostatniej chwili?
Hałas! Biegają dzieciaki i wrzeszczą. Psy wożone w wózkach zakupowych szczekają na siebie. Przez głośniki pani coś ogłasza – nie mam pojęcia co, ale chyba nawet nie chcę wiedzieć – chcę uciec jak najszybciej. Wrzucam do koszyka najpotrzebniejsze produkty. Niewiele brakowało a do ogórków kupiłabym jogurt truskawkowy! A fuj! W zestawie produktów najpotrzebniejszych na święta znalazły się 3 butelki aperolspritz, chleb, masło, jaja, ogórki, pomidory, ziemniaki, cebula i mały kawałek ryby o nazwie Palombo.
W marinie knajpy zapełniły się. W Movida i Flamingo – wszystkie stoliki zajęte. Pozostałe 3 restauracje wysprzątane i zamknięte.


Pogoda dopisuje, więc Włosi wystrojeni spacerują z dziećmi i psami, parami, grupowo i pojedynczo. W knajpkach też wiele psów. Wniosek z tego, że Włosi to zwierzoluby. Wiele osób zaczepia naszego uszatego stworka, wdzięczy się a on odwzajemnia wprawiając swój puchaty merdaczek w szybki ruch wahadłowy. Mimo zajęć z behawiorystą wciąż pała nienawiścią do pobratymców, ale nie jest już to furia i daje się go opanować. Do wieczora zrobiłam jeszcze 3 kursy z wózkiem. Przywieźć – to mały pikuś! Najpierw trzeba załadować, potem rozładować i podać Henrykowi wchodząc po trapie do kokpitu. Potem trzeba zejść do messy i odebrać od Henryka towar podany z kokpitu. Potem to już można tylko paść i ledwie dychać do następnego kursu.

Paradowałam w zaprzęgu przed ludziskami sączącymi aperole, wino, kawę… ech taki mój los tragarza portowego. Cały samochód rozpakowany, więc i ja mogę zalegać i delektować się hm… chciałam napisać spokojem, ale nie! Muzyka z knajpek daje czadu! Zwieziony towar trzeba zaształować [poukładać]. Żeby to zrobić trzeba przejrzeć to, co zostało. Ogólnie jest mus uporządkowania całej spożywki. Bardzo dzielnie współpracując zrobiliśmy klar w messie i niedługo potem udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. A dokładniej padliśmy prawie martwi.
05.04.- niedziela
Alleluja!!! Zmartwychwstaliśmy i my. Obudził mnie zapach kawy robionej przez Henryka we włoskiej kawiarce. To lubię! Po kawie zebraliśmy się na parking złożyć bagażnik rowerowy i schować do samochodu. Poskładaliśmy elegancko, zdjęliśmy z haka, założyliśmy pokrowiec i fajnie. Okazało się jednak, że nie dajemy rady go podnieść. Poprosiłam o pomoc panów stojących przy barku. Jeden z nich natychmiast chętnie przyszedł i zapakował do bagażnika samochodu. Super! Tylko klapa się nie zamknie. Kombinacje, składanie siedzeń i trochę brak pomysłu jak pieseł ma wracać. Się zobaczy…

Wracamy na łajbę świętować. Zrobiłam śniadanie, pozmywałam po śniadaniu. Napisałam kawałek bloga a Henryk zabrał się za czyszczenie jednego ze schowków pod podłogą. Żeby nie siedzieć bezczynnie poszłam do kokpitu produkować witaminę „D” – materacyk i „o sole mio” – produkcja pełną parą.

Zrobiło mi się za ciepło, a Henryk skończył czyszczenie schowka. Trzeba poczekać aż wyschnie. Henryk się położył, to i ja się położyłam, bo funkcjonować z dziurą w podłodze się nie da.
Chyba trochę nam się podrzemało.
Dzień świąteczny i Hen postanowił go uczcić wymianą baterii w umywalce – taka drobna robótka. Stara bateria podawała tyle wody, że nawet jednego zęba opłukać się nie dało. A wyglądała jak trędowata. No i zaczęło się! Najpierw trzeba wyjąć drzwi do łazienki (wykręcić zawiasy), potem wyjąć drzwiczki w szafce pod umywalką. Ciasnota taka, że Henryk nijak, nigdzie się nie mieści. Siedzi w korytarzu wygięty w chiński paragraf i próbuje zdemontować starą baterię. Słychać sapanie, jęczenie i nieparlamentarne słowa. Pędzę do pomocy. Wciskam się do łazienki przechodząc nad Henrykiem. Siadam na kibelku i tu mam coś przytrzymać kluczem, tu poświecić latarką, powyginana jak w tańcu połamańcu. O moją nogę opiera się Hen, żeby mógł włożyć do łazienki lewą rękę i nią też pracować. I tak to wespół w zespół, po chyba dwóch godzinach zmagań ze starymi nakrętkami, wężykami itp. mam nową baterię! Hurrraaaa!!! Jeszcze tylko na nowo zamontować drzwiczki szafki, drzwi do łazienki i znów święto.
A Włosi świętują tutaj tak: dziś otwarte są te knajpki, które wczoraj były pozamykane. Wszystkie stoliki pozajmowane. Wystawione na deptak dodatkowe stanowiska do serwowania drinków. Dodatkowe wysokie barowe stoliki i stołki. Po prawej stronie mamy barek z bardzo głośną muzyką, po lewej jeszcze głośniej muzyka na żywo. My w środku kakofonii zamykamy się szczelnie, żeby nie słyszeć. Pojechać nigdzie nie możemy, bo jak wrócimy możemy nie mieć miejsca do parkowania. Przynajmniej jedno wiemy. Nie przyjeżdżać tu na święta!


Zrobił się wieczór, więc chciałam jeszcze iść na spacer z futrzakiem. Nie ma szans! Na nabrzeżu zgromadził się taki tłum, że nie da rady się przecisnąć. Dobrze, że keje pozamykane bramkami, bo pewnie na łajbie też mielibyśmy świętujące towarzystwo. Pieseł musi zużyć pieluchę położoną w łazience.
06.04. – poniedziałek
Poranek bardzo zimny. Nawet pod dwiema kołderkami trochę mnie wytrzęsło. Wstałam o 7,30 ale Hen kazał iść spać i wstać za pół godziny. No dooobra! Kołderki jeszcze troszkę ciepłe.
Hen po wczorajszej „gimnastyce” w bólach walczy o życie, ale kawę zrobił. Ja mu trochę wtóruję w jękach i stękaniach, bo też się ponaciągałam. Zrobiłam śniadanie, pozmywałam. Potem Hen obrał ziemniaki, przygotował czosnek, a ja ugotowałam żurek na obiad. Teraz Hen zalega po leku przeciwbólowym, a ja pójdę produkować witaminkę. „D”. Na nabrzeżu jakaś bardzo podejrzana cisza.
No i chyba wywołałam ludzi z miasteczka – tłumnie zmierzają na nasze nabrzeże „Lungomare del sol”. Już z oddali słychać małe wrzaskuny – włoskie bambini.


Z messy też słyszę wołanie o żurek i szczekanie futrzaka. Przecież jak pańcio woła, to trzeba pomagać. No to sobie poleżałam. Po żurku znów mnie zmogło i w messie zaległam aż miło. Trochę budziły mnie wyrzuty sumienia, że potwornie brudna łazienka czeka. Ale doszłam do wniosku, że brud niestety nie ucieknie i zlikwiduję go później. Henryk też tak uważa i nie zabiera się za czyszczenie skrytek pod podłogą. Brud nie ucieka, a czas goni jak głupi… ech…
Za niebawem zebrałam się do tej łazienki. Wypucowałam wszystkie szafki, wyrzuciłam przeterminowane kosmetyki – kolekcja po byłych załogantach, którzy zapomnieli albo już nie chcieli i nie powiedzieli. Dumna z siebie zrobiłam zdjęcie nowej baterii w ujęciu takim, żeby nie było widać mojego umęczonego odbicia w lustrze.


Wieczór już spokojny. Czytanie książki i spacer z piesełem. Oczywiście na nabrzeżu znów tłum ludzi i mnóstwo psów. Z duszą na ramieniu wychodziłam z moim psem „zaczepno-obronnym”. On zaczepia potem trzeba go bronić. Okazało się jednak, że w porę powstrzymana podnieta daje rezultat. Przeszliśmy koło kilku psów całkiem spokojnie. Pirat jedynie był informowany, że nie podoba mi się jego ekscytacja i odpuszczał. Teraz siedzimy sobie z Henrykiem zamknięci na cztery spusty żeby nie słyszeć muzyki z knajpek. Pewnie niebawem zbierzemy się spać.
07.04 – wtorek
Hen nadal cierpiący. Chyba po tych wygibasach przy wymianie baterii jakaś rwa kulszowa, czy co?
Wczoraj cały dzień bolało i do dziś nie przeszło. Musimy zrezygnować z zakupów, a do recepcji pojadę na jego skuterku załatwić naprawę lodówki. Spisałam sobie na kartce o co mi chodzi, dałam tę kartkę pani w recepcji, ona zadzwoniła do Stefano – fachowca od frigorifero. Długo i bardzo szybko rozmawiała – nic nie zrozumiałam. Potem uruchomiła translatora w kompie i pokazała na ekranie, że Stefano prosi o kontakt na WatsAppie. No a teraz siedzimy i czekamy aż Stefano odpowie albo się pojawi. Poczytałam trochę książkę i widzę, że muszę oszczędzać, bo za szybko skończę. Zakupów nie ma, więc na obiad planuję „fuczki bieszczadzkie” placuszki z kiszonej kapusty, bo bez lodówki trochę przyśpieszyła kiszenie – trzeba zajadać.


Po fuczkach produkcja witaminki „D” w kokpicie, a Hen cierpi w messie, bo nawet wyjść nigdzie nie chce – każdy ruch sprawia mu ból.
Witaminka D wyraźnie mi zaszkodziła, bo postanowiłam z reszty kapusty ugotować zarzutkę, czy zalewajkę – zawsze mi się te nazwy mylą. W każdym razie coś w rodzaju kwaśnicy tylko oczywiście – we włoskim wydaniu. Kuchenka elektryczna jednofajerkowa. Tak więc na zmianę zeszklenie cebulki, gotowanie kapusty – zabrakło mi liści laurowych a tu akurat w okolicy nie rosną! Cholera mogłam przywieźć z ostatniego noclegu. Kombinuję więc z innymi przyprawami. I co? – przestało się gotować! Kuchenkę szlag trafił. A tu już w drugim garnku czekają na swoją kolejkę ziemniaki obrane przez Henryka. Wyciągam starą kuchenkę. Z jednej skrytki skrzyneczkę ze śrubokrętami, z drugiej skrytki skrzyneczkę z taśmami. Kapitan zabiera się za naprawę też zepsutej starej kuchenki, która na szczęście nie poszła na śmietnik. Złota rączka kapitańska naprawiła starą i zabrała się za naprawianie nowej. A ja za dalsze gotowanie. Ki diabeł mnie podkusił, można było zjeść tę kapustę na surowo.
No cóż – trzeba kontynuować. Połączyłam ugotowaną kapustę z oddzielnie ugotowanymi ziemniakami, dodałam kiełbaski z suszonymi pomidorami, które miały udawać porządne żeberko i … noooo…. dobre wyszło. Bez tego, ale z tym, bez innego ale z tamtym. Tak powstają nowe potrawy.
W międzyczasie musiałam wyjść na spacer z futrzanym farfoclem. Szkolenie 3 razy dziennie (tyle spacerków) daje rezultaty. Już nie chce zagryzać wszystkich psów, chyba dotarło to do tego małego móżdżku między wielkimi uszami, że pańci się to nie podoba i lepiej uszanować jej poglądy. Nawet dwa biegające i wariujące na nabrzeżu pudelki nie doprowadziły do furii, raczej do zniesmaczenia.
Mam cichą nadzieję, że jutro fachowiec do lodówki przyjdzie, a Henryk poczuje się lepiej.
08.04.- środa
Słonko pięknie świeci a my nic nie robimy, bo Henryk cierpi nadal i nadal czekamy na naprawę lodówki. Mnie boli ręka, więc też ograniczam ruchy. Ani pojechać coś zwiedzić, ani po zakupy, chyba tylko leżeć i kwiczeć.
I znów złe wiadomości z okolic. Dochodziły do nas wiadomości, że w Apulii ulewne deszcze podtopiły pola, drogi, wioski. Dwa dni temu niedaleko na północ od Foggi było trzęsienie ziemi. Na szczęście małe. Co niektórzy myśleli, że chyba za dużo wypili, bo im się dziwnie zabujało. Dziś w Petacciato na drodze wzdłuż Adriatyku osunęła się ziemia na długości ~4 km. Uszkodziło drogę i tory kolejowe. Zamknięto fragment autostrady A14 między Vasto a Termoli. To nie pierwszy raz ma miejsce takie zdarzenie. Osuwisko było aktywne co najmniej 15 razy od XIX wieku. Będziemy mieli problem z powrotem do domu. Trzeba będzie robić objazd bocznymi drogami po górach.
Godzina 16,01 fachowcy nie przyszli. Henryk cierpi nadal. Ja poszłam do „Movida” na „un cafe” wypite przy barku na stojąco jak włoski bóg przykazał. Kupiłam jeszcze dwa piwa „d’asporta” [na wynos]. Trochę pogadałam z miłą kelnerką. I chyba zabiorę się do pracy, bo po powrocie trudno będzie nadążyć.
09.04. – czwartek
Poranny spacer z piesem i do śmietnika. Zabrałam ze sobą portfel, żeby pójść do pescatori [rybaków] zapytać, czy można u nich kupić rybę. Oczywiście można. Wielkiego wyboru nie mieli. W dużej miednicy trzy większe ryby, jakaś mała okropna paskuda, jakiś krab i jeszcze jakieś inne niewielkie.

Chciałam jedną z tych większych. Pan dorzucił jeszcze dwie mniejsze i zapłaciłam 5€. Fajnie, tylko teraz trzeba to oporządzić. W sklepie oczyszczą, dekapitują i zapłacę 3 razy drożej. Nie marudzę więc tylko zabieram się do pracy. Małe oskrobać się nie dają bo nie mają łusek. Duża pięknie się skrobie, tylko niestety brak drugiej ręki mocno utrudnia działania. Owinęłam ogon francy w ręcznik papierowy przestała jeździć po blacie i dałam radę oczyścić i wypatroszyć.

Hen leży i kwiczy, bo rwa kulszowa/ korzonki nerwowe nie odpuszczają. Łyknął „apap” i czeka, że może choć trochę pomoże.

Na obiad były rybki z sałatką z zielonego groszku, ogórków konserwowych i cebuli. Jednak świeżutka ryba ma inny smak i zapach. Taką można się zajadać.
Fachowiec oczywiście nie przyszedł, ani na wiadomości nie odpowiedział. Zaczęłam dzwonić – nie odebrał, ale odpisał, że przyjdzie w sobotę rano. A my bez lodówki, ale przez bolaki Henryka również bez zakupów. Zaraz będę kombinować jakąś kolację bo do knajpy też nie da rady pójść.
A były plany o ho ho ile to my zrobimy!
Kombinowaliśmy jak będziemy wracać, bo na drogach objazdu osuwiska – korki, warunki koszmarne. A do noclegu ponad 800 km. Zastanawialiśmy się czy nie wyjechać dzień wcześniej i dołożyć jakiś nocleg po krótszym odcinku.
Dziś przeczytałam wiadomość, że autostradę naprawili i zabezpieczyli. Pracowało 100 osób i mnóstwo sprzętu 24 godziny na dobę. Oczywiście nie uwierzyłam w taką wiadomość. Sprawdziłam w mapach Google i faktycznie – ruch na autostradzie przywrócono. Droga lokalna rozwalona nadal i tory kolejowe też. Może pojedziemy bez problemów.
Kombinuję kolację z tego, co mamy – będzie eksperyment „cacio e pepe” z polskich serów ementalera i salami. Mam nadzieję, że nie zrobi się gumowy glut.



Już po kolacji – donoszę uprzejmie, że glut się nie zrobił, tylko bardzo się ciągnęło. Niestety woda w zbiornikach się skończyła. Do zmywania przyniosłam w wiaderku z kei. Mannaggia! Jutro trzeba napełniać!
10.04.- piątek
Rano zimno – jakieś dreszcze mnie dopadły, a na dworze 13 stopni, więc nie jest źle.
Koniecznie trzeba się zebrać po zakupy, bo jeszcze tydzień pobytu a ja nie chcę żywić się konserwami, skoro tyle dobroci można kupić.
Plan jest taki, że obolały Hen wypełznie na keję, dosiądzie swój skuterek i dojedzie do samochodu. Ja wrócę skuterkiem na keję i znów piechotką na parking. Tak uczyniliśmy. Najpierw Mercato Giornaliero czyli bazar. A dojazd tam – to walka o życie. Ciasne uliczki jednokierunkowe nie ma oznaczeń, która z pierwszeństwem. GPS poprowadził gdzieś całkiem bez sensu. Mój telefon doprowadził do celu ale oboje z Henrykiem cali w stresie. Nie ma gdzie zaparkować. Ja już jestem bliska rezygnacji i odgrażam się, że nigdy więcej! Na samym końcu placu targowego udało się wcisnąć. Najpierw poszłam zrobić kilka zdjęć, ale budziłam za duże zainteresowanie, więc wróciłam do samochodu po torbę i zanurkowałam w obfitość towarów.


Nie wiem nawet co można z tego zielska zrobić.

Prócz owoców i warzyw, wędliny, sery, ryby, ciuchy … wszystko! Kupiłam: pomodori, pomodorini, salad, zucchine, cavolfiore verde, funghi, fragole, salami, 3 rodzaje serów i nduję. Czyli pomidory, pomidorki, sałatę, cukinie, zielony kalafior, grzyby, truskawki, salami 3 rodzaje serów i nduję, czyli okropnie ostrą kiełbasę podobną do salami o konsystencji kitu do okien. Henryk pałaszował to na Sycylii z wielkim apetytem. Dla mnie, mimo, że lubię pikantne, to wyciskacz łez.
Żeby móc z powrotem wyjechać na zatłoczoną ulicę z miejsca parkingowego byłam jak Kopernik, który wstrzymał Słońce ruszył Ziemię. Ja wstrzymałam ruch samochodów, ruszyłam Henryka i pojechaliśmy do Famila po resztę zakupów. Jest piątek, więc też tłoczno. Miejsca dla inwalidów zajęte. Trzeba zaparkować daleko od wejścia.
Ale odpuścić nie mogę, bo nie ma soli, pieczywa, oliwy [na targu były tylko baniaki 3 lub 5 litrów].
Na wejściu zachęciły mnie piękne uva senza semi [winogrona bez pestek], potem poszukiwanie pieczywa tostowego, bo włoski chleb paczkowany jest w porcje dużo za duże dla nas i skarmiamy nim rybki portowe. Miałam ochotę na mortadelę ale kolejka do stoiska była za długa. W rybnym, ryby „palombo” nie było, ale kupiłam vongole. Wprawdzie małe, ale po 7€ za kg. Potem poszukiwania soli i wybieranie wina. Tu wybór jest bardzo trudny szczególnie, gdy patrzy się po dolnych półkach i baniaczkach 3 litrowych. Cena za litr troszkę ponad 1 €. Gdy dotoczyłam się z tymi wszystkimi zakupami do samochodu byłam padnięta, a Henryk, który zwykle pomaga w upakowaniu zakupów w aucie. Siedzi i się nie rusza, żeby go nie bolało. Wypatrzyłam, że pod płotem parkingu rosną liście laurowe. Cholera, nie pójdę tam rwać – obciach. A kupić się tutaj tego nie da, bo każdy Włoch wie, gdzie zerwać.








Pojechaliśmy kawałek drogą wzdłuż wybrzeża, bo chciałam zrobić jakieś fajne fotki. Myślałam, że przed sezonem będzie gdzie zaparkować. Nic bardziej mylnego. Tam gdzie się zaparkować dało, nie było nic ciekawego. A tu, gdzie fajny widok, nie ma miejsca na samochód.


Wróciliśmy do mariny. Najpierw ja dzikim kłusem na łajbę schować vongole i wziąć skuterek Henryka.
Dojechałam na parking, przekazałam pojazd właścicielowi i po drodze na keję przysiedliśmy w barku na aperol-spritz i spremuto d’arancia.

Już po dotarciu na łajbę chwilka „słoneczkowania”. Potem , żeby nie mieć pustych przebiegów zapakowałam na wózek śmieci, a w drodze powrotnej na wózku wylądowały zakupy. W trakcie pakowania zakupów zaczepił mnie Antonio poznany jesienią i serdecznie przywitał. Ciągnę ten swój wóz wypakowany po brzegi i ktoś z barku krzyczy do mnie, macha! Ki czort?! Do mnie, czy do kogoś innego? Okazało się, że to direttore, którego nie poznałam, dziękuje za prezent (żubrówkę i sok jabłkowy).
Jak już to wszystko przywiozłam, podałam Henrykowi do kokpitu to jakoś opadłam z sił. Parę chipsów i parę łyków piwa, skłoniło do dalszych działań, czyli zniesienia do messy. Henryk pomagał jak mógł, ale biedak bardziej nie mógł. Rozparcelowałam trochę zakupy i padłam. Zorientowałam się, że zapomniałam kupić cebulę. Mam tylko dwie – szybko zużyję, a bez cebuli żyć się nie da!



Popisałam to, co być może czytacie. Jest godzina 16,30 – chyba czas zrobić pierwszy dziś posiłek.
Wczorajszy makaron z serem + pomodorini i ostra papryka. I super! Na deser truskawki, które są bardzo smaczne, ale chrupiące – trochę konsystencji jabłka.
O 19,00 wzięło nas na robienie vongoli. Cebula, czosnek, wino, vongole, pomodorki i natka pietruszki. Czerstwe pieczywo do moczenia w sosiku i niebo w gębie, czy gęba w niebie – chyba obojętne. W czasie zajadania się tym przysmakiem stwierdziłam, że wiele włoskich potraw je się z wielkim apetytem za to kompletnie bez kultury. Słychać było ciamkanie, ćmoktanie, a potem odgłosy wyrzucanych skorupek. Grunt, że smakowało.!

11.04. – sobota
Od rana czekamy na ragazzi do lodówki. Poszłam jak zwykle na spacer sikowy i ukradłam z doniczki w knajpie 3 listki laurowe. Nikt nie widział. W międzyczasie ledwie żywy Henryk wypełzł do kokpitu – trzeba nalać wody do zbiorników. Zakładam złączki puszczam wodę i…. nic. Kombinujemy z jednej strony, z drugiej strony, sprawdzamy czy wąż gdzieś się nie załamał i…. nic. Mannaggia! Tutti arrabbiati! [Cholera! Wszystko na złość!].
Przypomniało mi się jak hydraulik wstawił nam w domu zaślepione kolanko do zimnej wody w zlewozmywaku i żeby znaleźć usterkę trzeba było rozkuwać ścianę już wykończoną. Mówię Henrykowi, że trzeba zajrzeć do środka tych pięknych nowych złączek. Tak uczynił i… okazało się, że producent wpadł na genialny, ekologiczny pomysł oszczędzania wody. Jakiś zaworek w środku złączki, który totalnie blokuje przepływ wody, bo się zacina. Trzeba było rozebrać, wywalić tę innowację i dopiero można było po ludzku zatankować wodę. Przy okazji umyć okolice wlewu, które normalnie zasłania drewniana podłoga. A tam – oj oj jaki brud! Uporaliśmy się w bólach.
Jeszcze zdjęliśmy podarte bimini – nie wiem jak Hen da radę to naprawić.
Przyszli „ragazzi” [chłopcy] do naprawy „frigorifero”. Na szczęście główny majster jest tak małych rozmiarów [sporo niższy i duuużo szczuplejszy ode mnie], że bez problemu poskładał się w łazience i dłubie przy agregacie. Drugi, większy jest do przynieś, podaj. Diagnoza jest taka, że agregat jest ok, tylko przewody poparciałe, nieszczelne złączki itd… Będzie naprawiał, wycinał lutował … Dobra, niech robi co chce, byle „frigorifero funziona”. Po dłuższym czasie okazało się, że jakiś zespół elektryczny też „non lavora” [nie pracuje]. Koło południa ragazzi skończyli, zabrali klamoty i kasę a frigo działa. Uffff.
Hen cały czas siedział w kokpicie, dałam mu materac, żeby się korzonkami do słonka wystawił i zaległ. Sama też dołączyłam. W mordziulę słonko za mocno prażyło, więc zmieniłam kierunek i wystawiłam do opalania nogi.

Tak mi się błogo zaczęło robić… myślę sobie: odlecę… ale Hen odleciał szybciej włączając przy tym całą moc silników odrzutowych. Na krótko, ale wystarczyło abym już nie drzemnęła. Zeszłam na dół cieszyć się lodówką. Chować do niej różności. Uprzątać blat i robić sos do makaronu pene z grzybków o nazwie „pioppino” – jakieś takie jak opieńki, czy boczniaki.
Trochę one bez smaku tzn. bardzo delikatny smak – trudno, chciałam spróbować, ale wolę inne.
Miałam zamiar coś jeszcze dzisiaj zrobić, może wyczyścić kawałek relingu ale ręka mnie boli, słonko mocno praży, mleczko do czyszczenia za szybko będzie wysychać. Już znalazłam wyjaśnienia braku motywacji. Wolę pomyśleć które ze specjałów włoskich wyciągnę na kolację. Może formaggi di capra [kozi ser]? O tak! To był dobry pomysł!

12.04. – niedziela
Postanowione! Robimy nic, bo jest niedziela. Henrykowi rwa kulszowa/korzonki nerwowe ździebko chyba odpuszczają, bo „rzuca mięsem” z dużo mniejszą częstotliwością. Nawet w miarę cicho podniósł się z kanapy i przemieścił do łazienki. Na śniadanie zjedliśmy omleta z cukinią. Na obiad zupę z wczorajszego sosu grzybowego. Jest raczej pochmurno. Dopiero o 15,00 wyjrzało słonko. Zalegamy, słuchamy muzyki ot i tyle.
13.04.- poniedziałek
Łajbą buja, wiatr na wantach gra. Chłodno. A futrzak ma to gdzieś – musi iść i to już natychmiast.
Wiatr w dupkę dmucha mocno nie wiadomo jak się do sikania ustawić. Psiak wygląda jak duży dmuchawiec.
Henryk znów bardziej cierpi (nie wziął leków na noc) – zapomniał. Poza tym zarówno on jak i ja – źle spaliśmy, a właściwie pół nocy nie spaliśmy. Chyba ten silny wiatr to spowodował.
Wczoraj grzebałam w mapach Google i szukałam w Manfrdonii sklepów spożywczych, żeby znaleźć jakiś w pobliżu do drobnych zakupów, gdy się czegoś zapomni. Wszystkie sklepy i sklepiki są po drugiej stronie torów kolejowych a przejść „skrótowych” brak. Czyli odległość minimum 2 km po bardzo ruchliwych, zatłoczonych ulicach. Znalazłam jeden sklep na południu miasta, do którego można dojechać ładnym deptakiem nadmorskim ze ścieżką rowerową. Odległość 2,2 km. Postanowiłam naładować baterię w Henryka skuterku i pojechać na wycieczkę mimo trochę nieciekawej pogody.















Piękna droga skończyła się 450 m przed celem i zaczął się horror. W dodatku mapy poprowadziły mnie okrężną drogą. Cel okazał się chybiony. Po pierwsze, nie sklep, tylko bar, po drugie nie otwarty a zamknięty na cztery spusty i wygląda na to, że od dawna. No i moją samodzielność zakupową muszę wybić sobie z głowy. Jedynie zyskałam kilka fajnych zdjęć z mojej wyprawy. Po powrocie szybki obiad – coś w na podobieństwo chili con carne. I zaleganie. Znów muszę iść odcedzić futrzaka. Jak on dba o moje zdrowie! Minimum 3 spacerki dziennie. A drugi dbający to kapitan. A to kurs do śmietnika, a to do samochodu. W sumie może i dobrze…
Coś mnie naszło i postanowiłam ugotować żurek na jutro, żeby jutro zająć się czymś innym. A czemu żurek? – bo bardzo posmakował mi nasz żurek z torebki z włoskimi dodatkami. Ziemniaki pięknie się rozgotowują, gotowy do przesmażenia „speck” pokrojony w „julienne” – produkt z Tyrolu. Pokrojona w kosteczkę szynka [prosciuto cotto]. Takie nowatorskie wydanie żurku. Nie wiem, może się mylę, ale o jakość produktów spożywczych to chyba Włosi dbają bardziej niż my. I szczycą się, że coś jest produktem włoskim. Natomiast ogarnięcie innych spraw typu – jakość dróg, góry śmieci itp. Traktują trochę na zasadzie: „przewróciło się, niech leży, cały luksus polega na tym, że nie muszę tego sprzątać, będę się potykał czasem…”
Na ostatnim spacerku wzięłam z samochodu pendriva z muzyką. Posłuchamy trochę przed snem. Przynajmniej w knajpach dziś cicho i spokojnie.
14.04. – wtorek
Wczoraj do wieczora wojowałam a to z linką tłukącą o maszt, co w messie odczuwalne było jakby ktoś po głowie tłukł. A to z trapem, który od bujania łódki przesuwał się skośnie i bałam się, że spadnie z kei i coś popsuje. Wreszcie wiatr uspokoił się. Spało się fajnie. W nocy trochę popadało, ale nawet o tym nie wiedziałam – bo spałam.

Po wczorajszym wietrznym i pochmurnym dniu dziś norma. Wczoraj wyszłam na spacerek poranny w dresie i kamizelce ocieplanej i było mi zimno, bo wiatr przeszywał na wylot. Dziś wyszłam w dresie bez kamizelki i wróciłam zgrzana. Słonko piecze już po włosku.

Postanowiłam, że będę produkować witaminkę „D” przy okazji robiąc coś pożytecznego.
Przebrana w krótkie spodenki i podkoszulek ze szmatami i mleczkiem do stali nierdzewnej idę na pokład czyścić relingi. O rany! Podobno to stal nierdzewna – nawet kwasoodporna. To na co nie jest odporna skoro są na niej rude wykwity, jakby ją ktoś rzadką kupą ochlapał.

Po godzinie wyczyszczone relingi lewej burty – bez rufy i dziobu. Nie ruszony też kosz wkoło masztu. Oj oj! a mimo oszczędzania – mleczka do czyszczenia mało. Muszę wypróbować jakiś drugi „szuwaks”.

Wypróbowałam jakiś „spray” – zdecydowanie jest do d…y. Ździebko wkurzona i zmęczona odgrzałam żurek, zjedliśmy, odsikałam pieseła i zebrałam się na wycieczkę na drugą stronę mariny zobaczyć „Passegiata dell’amor”. Tak naprawdę po raz pierwszy objechałam całą marinę wkoło.















Po jakimś czasie, wcale nie długim, Henryk zgłodniał, a że za wcześnie na kolację zjadł konserwę z rybkami. Ja zalegałam i słuchałam muzyczki. Wreszcie zgłodniałam i ja, ale nie wiedziałam na co się zdecydować. Z zewnątrz zaleciał zapach pieczenia pizzy. O rety! Ale zapach! Wyłażę, próbuję po węchu znaleźć źródło. Niestety w „Al Molo” cisza – żywej duszy nie ma. Chyba był to wytwór mojej wyobraźni. Wpadłam na pomysł, że zrobię sałatę i pójdę po frytki do „Movida”. Tak też zrobiłam, niestety trzeba było wrócić po frytki za 20 minut – ale to tzw. „rzut beretem”.
Przed snem sączyliśmy sobie „Modin Spritz” i oglądaliśmy zdjęcia z podróży z poprzednich lat. Zobaczyliśmy kawał świata, odwiedziliśmy mnóstwo miejsc, a mi wciąż mało. Niestety „peseloza” daje się we znaki i coraz mniej możemy. Ech… dobranoc.
15.04. – środa
Wstaliśmy dopiero o 8,30. Pieseł chce natychmiast wyjść a tu pada i to dość mocno. Wczoraj złożyłam szpryc budę bo taśma z jednej strony się urwała. Buda złożona, więc deszcz pada na suw klapę.
Odsuwam i.. sruuu – woda z klapy na głowę i plecy. Zimny poranny prysznic. Chcę jednak szpryc budę postawić, bo wiatru nie ma i brak jednej taśmy nie powinien zaszkodzić. Stawiam i… woda wylewa się na spodnie i stopy. Mokre skarpety wsadzam w suche buty. Idziemy dzielnie z futrzakiem po deszczu. On co chwilkę się otrzepuje, bo nie lubi jak mu deszcz po uszach bębni. Z daleka widzę pańcię z pudelkiem pod pachą, pod parasolem, która idzie pod dach wysadzić pudelka. O niech to! Idziemy po deszczu w drugą stronę. Pańcia z pudelkiem poszła sobie, więc my wracamy pod dach. A tu jak na złość z kierunku parkingu pojawia się pańcio z pudelkiem pod pachą i pod parasolem. Ki piorun?! Jakaś inwazja pudelków? Pudelek zaczyna obszczekiwać Pirata z rąk pańcia, więc mój „zgagulec” nie może dać za wygraną i szczeka na pudelka! Karcę go według nauk behawiorysty i odchodzę. Ale pudelek wypuszczony już z rąk na ziemię ujada okropnie, a pańcio zadowolony. Idziemy z Piratem na parking, ale zaczyna padać mocniej. Postanawiam wrócić i albo Pirat zagryzie pudelka albo ja zagryzę wesołego pańcia. Udaje mi się uspokoić mojego zadziorę i dumnie przechodzimy obok drącego japę pudelka i zadowolonego właściciela. Wracamy na łajbę przemoczeni.
Nasze plany szlag trafił. Mieliśmy dziś założyć bagażnik na hak samochodu, pojechać po zakupy i do apteki. A tu nawet nosa wystawić się nie chce.
Siedzimy pod pokładem, słuchamy muzyki, oglądamy zdjęcia. Książkę skończyłam za szybko. Przecież nie będę czytać drugi raz i uczyć się na pamięć.
Wciąż mam ochotę na dobrą pizzę, ale „Al Molo” nadal zamknięte, więc na kolację, chyba z nudów, zrobiliśmy placki ziemniaczane.

Przyszedł czas na wieczorny spacer. Na szczęście nie pada. Wychodzimy i widzę znów pudelka bawiącego się z pańciem. Cholera – czy te pudelki mnożą się jak drożdże? Poszliśmy w innym kierunku nabrzeżem a potem na parking. Chodzimy sobie spokojnie, a ta mała pudelkowata franca wypatrzyła nas z daleka i zaczyna obszczekiwać – czy to jakieś futrzane pokręcone, wystrzyżone przekleństwo?
16.04. – czwartek
OOO… zapowiada się ładna pogoda. Musimy dziś ogarnąć bagażnik i zakupy.
Poranny spacerek na szczęście bezpudelkowy – tylko jeden majaczył gdzieś daleko. Znów akcja przemieszczania się do samochodu skomplikowana dość, ale już przetrenowana. Idziemy z Piratem piechotką, Hen jedzie skuterkiem. Udało nam się wyciągnąć nawet bez większych problemów złożony bagażnik rowerowy z bagażnika samochodu. Hen musiał klapnąć na pupę, żebyśmy mogli spróbować zamontować na hak. Przechodziło dwóch młodych Włochów i widząc nasze zmagania zaproponowali pomoc. Tzn. jeden z nich, niskiego dość wzrostu zaproponował, że ten drugi – duży jest strongmen i chętnie pomoże. Zdecydowanie pomoc się przydała. Odprowadziłam skuterek na keję i mogliśmy pojechać. Najpierw do apteki, o rety! To, jak wygląda ruch w tym mieście nie da się opisać ani opowiedzieć – to trzeba przeżyć. A przeżycie wcale nie jest łatwe. Każdy wciska się na siłę. Samochody poobijane, powgniatane, a my nie chcemy uszkodzić naszej nowej „czerwonej strzały”. Jakoś cudem udało się dotrzeć do apteki a nawet zaparkować blisko. Apteka duża z kilkoma stanowiskami i z maszyną do wydawania biletów przy wejściu [automat kolejkowy]. Część samoobsługowa. Nie mam pojęcia gdzie z moim biletem iść. Przynajmniej zorientowałam się jaki bilet wziąć. Że na „medicinali” bez recepty. Jakoś ogarnęłam ten skomplikowany zabieg zakupowy. Ufff… Jedziemy do Famila. Kupuję głównie towar do zabrania do Polski. Sery różne twarde, żeby po drodze nie stopiły się. Grana padano, Parmigiano różnej starości (40 i 49 miesięcy, takich starych w Polsce nie ma) i Pecorino – różne odmiany: Pecorino Romano, Pecorino Montagna, Pecorino Il forte. Nie wiem czym się różnią – dowiem się w domu. W koszyku znalazły się również dwa rodzaje salami. W stoisku alkoholowym: dobry rum tańszy niż w Polsce, likier kawowy, limoncello, Modin Spitz, i dwie bańki 3-litrowe wina. No i oczywiście oliwa. I tu wybór jest niesłychanie trudny. Tyle rodzajów, że nie wiadomo czym się kierować. Wiem, że znaczenie ma kolor butelki, że ma być extra Vergin. A ja jeszcze do tego dołożyłam non filtrata, bo taka mi bardzo smakuje. Porównuję ceny z Chorwacją i… tam cieszyłam się jak na promocji zapłaciłam po 8 € za litr, a normalnie była po 10€. A u małych wytwórców już były po 15€. Tutaj kupiłam po 6€, 7€ i 8€ – różne rodzaje żeby porównać. Były też tańsze, ale jakoś do mnie nie przemawiały.
Wróciliśmy. Poszłam po skuterek dla Henryka i … o zgrozo! Na naszej drodze w barku Movida siedzą państwo z trzema pudelkami. Chyba brązowe pudelki będą pojawiać się stadami w moich koszmarnych snach. Nie powiem, jeden z nich był cudny – jeszcze szczeniakowaty i ubrany w kurtkę jeansową. Szalał z piłeczką po deptaku. Jak wróciłam i wypakowaliśmy się z samochodu pudelki sobie poszły i spokojnie mogliśmy zrobić przystanek na spremuto d’arancia. Wśród gości barku znalazł się jakiś fan Pirata, a ten uszaty stworek sam wskoczył na krzesło i urzędował z nami przy stoliku.

Na obiad kupiłam pierś z kurczaka, żeby zrobić kotlety. Na łajbie okazało się, że mięso pokrojone jest precyzyjnie w cieniutkie płatki grubości ~2 mm. Od razu w głowie roiło mi się mnóstwo pomysłów co można byłoby z nimi zrobić, ale u nas niestety nie ma takich w sprzedaży.


Po obiedzie chwila odpoczynku. Jednak bez drzemki, bo już kłębią się myśli na temat drogi powrotnej. Zerwałam się jak rażona piorunem i ku wielkiemu niezadowoleniu kapitana zaczęłam robić porządek w jego szafce z ciuchami. Hen kilka razy w roku jeździ na łajbę. Za każdym razem bierze jakieś ubrania. Do prania przywozi tylko małą część, reszta zostaje. Efekt jest taki, że ja jestem przekonana, że biedak nie ma w co się ubrać i , że trzeba kupić. A tu… naście t-shirtów, tyleż samo krótkich spodenek itd.. itp.
Posortowane, poukładane w szafkach, cały wypchany plecak wraca do Polski a i tak uważam, że za dużo zostaje.
Wieczorem długo siedzieliśmy, sączyliśmy rum i zebrało nam się na gadanie.
17.04. – piątek
Zaraz po przebudzeniu, szybko się zebrałam z piesiem na spacer. Zabrałam telefon, żeby zrobić zdjęcie strelicji, która pięknie kwitnie w doniczce przy barze Al Molo. Po drodze zrobiłam też zdjęcie Piratowi siedzącemu na ławce. Ten farfocel ma takie parcie na obiektyw, że zrobi wszystko o co go poproszę, by dobrze wyjść na zdjęciu. Chyba mu zmienię imię na „Lanser”.



A tak w ogóle to jestem przerażona tym, co mnie dziś czeka. Pakowanie, noszenie, ogarnianie wszystkiego – a wiadomo, wszystkiego ogarnąć się nie da. W dodatku jak na złość pogoda na plażę a nie do pracy. Pot spływa a tu nie ma lenistwa. Zdejmowanie i składanie szpryc budy, dolewanie wody, odłączanie szlauchu, chowanie. Pakowanie ciuchów a nie wiadomo jaka będzie pogoda i co zostawić na drogę. Tu gorąco ale w Alpach może być rześko.
Jakoś udało się większość spakować i wywieźć do samochodu. Ale i tak nie dałam rady wszystkiego. Trudno wstanę wcześniej żeby to ogarnąć – dziś nie mam już siły.
18.04. – sobota
Budzik nastawiony na 6,00 a ja obudziłam się 8 minut przed budzikiem. Kawa, pakowanie reszty. Chciałam najpierw pójść z klamotami do samochodu, a pieseł mógłby się odsikać jak już będziemy razem opuszczać łajbę. Ale nieeeee!!! Jest zamieszanie, to uszaty potworek musi być w jego centrum. Najpierw obsługa psa – dopiero potem cała reszta. Jakoś pozbieraliśmy się, wyłączyliśmy wszystko, co trzeba, pozamykaliśmy i o 8,00 wyruszyliśmy.


Przed nami ponad 800 km do miejsca noclegu w miejscowości Martignacco niedaleko Udine. Najbardziej bałam się odcinka autostrady naprawianego niedawno po osunięciu się ziemi. Całe szczęście jest sobota i nie ma na drogach ciężarówek.


Przejechaliśmy płynnie – może tylko trochę wolniej. W oddali widziałam zawalony most kolejowy. Dojechaliśmy na miejsce noclegu przed 18,00 i chcieliśmy coś najpierw zjeść a dopiero potem pojechać na kwaterę. Pani właścicielka zaczęła na Wats App –ie dopytywać kiedy przyjedziemy, bo ona spotkać się z nami będzie mogła dopiero po 21 –wszej, ale jak prześlę jej foto dowodu, to ona prześle filmik jak dostać się do pokoju. No nie fajnie. Miałam ogromne trudności z ogarnięciem tego, bo telefon nowy jeszcze go nie poznałam i chyba już przestałam lubić. Udało się! Usiedliśmy w knajpce która była otwarta od 17,30 – wcześnie jak na Włochy. No niestety – knajpka otwarta, ale kuchnia zamknięta i otworzy się normalnie czyli o 19,30. Można tylko napić się piwa lub wina z nalewaka. Siedzimy, popijamy małe piwko, zastanawiamy się co dalej robić. A zalatują do nas niesamowite zapachy takiego przypieczonego ciasta i sera. OjOj! Głodek daje się we znaki. Henryk wypatrzył, że za moimi plecami po drugiej stronie ulicy jest pizzeria. No to biegnę! A tam pusto. Pytam, czy jest jakaś pizza. Z uśmiechem pani odpowiada a jaką sobie bym życzyła? Oni robili je na poczekaniu według życzenia klienta. Zamówiłam dwie małe. Jedną Margheritę z dodatkową mozarellą buffala a drugą z salami picante. Po kilku minutach miałam jedzonko i pobiegłam zapakować je do samochodu. Mogliśmy jechać na miejsce noclegu. Nawet bez problemu udało mi się wg instruktażowego filmiku wyjąć ze skrytki klucze do pokoju. Pizze zjedliśmy przy stoliku na dworze trochę pośpiesznie, bo zaczęły stygnąć.

Ogród fajny, trawnik przystrzyżony no i na granicy działki wielkie krzewy liści laurowych.
Pokój to porażka – potworna ciasnota. Szafka nocna tylko po jednej stronie łóżka, bo po drugiej już się nie mieściła. Tam za to była półka na wysokości oczu wisząca wzdłuż i zdecydowanie zawężała i tak mikroskopijną przestrzeń (~50cm). Gniazdko przy podłodze – więc kabelki nie sięgały do półki, by móc tam położyć ładowany telefon. Była w pokoju za to ogromna, na całą ścianę głęboka szafa – nie wiadomo po co komu. Bo jej 1/3 była zablokowana jakimś zaciskiem stolarskim. Na jedną noc damy radę ale chyba więcej nie powtórzymy. Łazienka tzw „prywatna” wcale nie była prywatna bo była dla trzech pokoi dostępna z korytarza, w którym ustawiono lodówkę, a na niej ekspres do kawy, czajnik i jeszcze jakieś cósie. Z drugiej strony korytarz zawężał stolik z kubkami. A z trzeciej jakieś szafy pozamykane na łańcuszki z kłódeczkami. Już nie chcę narzekać ale kołdry były jak pierzyny i nakryć się można było tylko zero-jedynkowo albo bez nakrycia – zimno. Albo z nakryciem gorąco, bardzo gorąco. Dwie poduchy, z czego jedna twarda jak kamień od razu wyleciała w nogi. U Henryka natomiast ta kamienna została pod głową a tą drugą mniejszą podrzucał mi w nocy jak kukułka jajo.
19.04.-niedziela
Rano zrobiłam kawę – wypiliśmy ją przy stoliku na zewnątrz. I pojechaliśmy w dalszą drogę.





Jazda spokojna, choć gps pokierował nas inną drogą, nie autostradą. Już raz to przetrenowaliśmy. Droga widokowo piękna przez góry. Ale jedzie się wolniej, jest mniej miejsc, gdzie można zatankować czy zatrzymać się na siusianie i odpoczynek. A potem popsuła się pogoda. Zaczęło padać i to mocno.


Jedynym plusem tego deszczu było umycie szyby z owadzich rozpaćkanych trucheł.


W Czechach jedziemy drogą bezpłatną, bo winieta wykupiona dopiero na jutro. Tu nocleg w Penzion u Kostela w miasteczku Ujezd u Brna.
W drodze co się trochę rozjaśniło, to znów naszły chmury i padało. Dotarliśmy o przyzwoitej godzinie ~17,30. Tu dla odmiany kuchnia zamyka się o 19,30 (we Włoszech otwiera) – co kraj, to obyczaj.
Pokój na piętrze, ale można dojechać prześmiesznie wyglądającą windą. Ogólnie ładnie, czyściutko i wygodnie. Penzion ma prywatny spory parking i bliskie wejście z parkingu do restauracji. Wszystko super! Zjedliśmy po kotlecie wieprzowym w sosie grzybowym z ziemniakami i surówką. Wypiliśmy piwo i beherowkę i zadowoleni udaliśmy się na odpoczynek do pokoju. Z okna pokoju było widać kościół po drugiej stronie ulicy.
W łazience trochę się narozrabiało, bo jak postawiłam na szklanej półeczce pod lustrem kosmetyczkę, to półeczka się przechyliła, wysunęła z uchwytów i wpadła do umywalki pękając na trzy kawałki. No kurcze jak ja obsłudze wytłumaczę, że to nie moja wina.
20.04. – poniedziałek
Och żesz ….. to nie niedziela! To poniedziałek! A dzwony w kościele nap…. tak że mózg się przewraca na lewą stronę. Godzina 6,30! Ludzieeeee!!! Ratunkuuuu!!!

Jak już się uspokoiło to wyjrzałam spod poduszki i zobaczyłam uszatego potworka gotowego na spacer. „Pańcia wstawaj – jeszcze tego miasteczka nie zwiedzałem i nie czytałem psi-semesów.” Co było robić! Trzeba iść. Ulica czyściutka, chodniki pozamiatane, trawniki przystrzyżone. Przy chodniku po drugiej stronie ulicy kosz na psie kupy z pojemnikiem na torebki, gdyby ktoś nie miał swojej. Bardzo mi się to podobało.
Zebraliśmy się ze wszystkimi szpargałami i poszliśmy na śniadanie. Chciałam powiedzieć recepcjoniście, który był wczoraj i można było się z nim dogadać po polsku o półeczce. Niestety była bardzo miła pani, z którą trudno było się dogadać. Na szczęście słyszeli to panowie siedzący przy sąsiednim stoliku i wytłumaczyli co się stało. Na to pani zareagowała uśmiechem, machnęła ręką i powiedziała: „ nic se nestalo”. Uffff…
Na śniadanie do wyboru: jajecznica, parówki na ciepło, albo talerz wędlin. Wybraliśmy jajecznicę. Pani przyniosła tak wielkie porcje, że ja wdusiłam w siebie tylko połowę.
Wyjechaliśmy nieco przed 9,00. Pogoda była ładna rano a potem zaczęło się bardzo chmurzyć i popadywać.







Na szczęście już blisko domu przejaśniło się ale zrobiło się chłodno i musiałam wyciągnąć z plecaka cieplejszą bluzę. Jeszcze tylko zakupy podstawowe i domeczek!.
Dziś droga nie bardzo długa coś ~500 km. Ale to trzeci dzień podróży, więc zmęczenie wyłazi chyba nawet przez skórę. Jeszcze byłam na tyle zdeterminowana, że rozpakowałam wszystko z samochodu oprócz szpryc- budy i bimini. One poczekają na młodszego i silniejszego.




Były wielkie plany, ale „los” chciał inaczej. Mieliśmy przygotować „Pomimo” do sezonu, a właściwie tylko się z nim przywitaliśmy. No cóż … bywa i tak.
2 komentarze
Kazimierz
Pani Aniu jak zwykle bardzo ciekawie i z humorem pisze Pani o waszych pobytach na Pomimo .
Proszę pozdrowić Henia .
admin
Cieszę się, że mam wiernego czytelnika. Nie zawsze dzieje się coś wyjątkowego. Ale w ogóle ciekawie jest żyć. „Jeszcze w zielone gramy…”