Najpierw trochę samotności a potem siedmiu gości.
22.07.2026 r. – środa
Henryk wyjechał z domu o 6,00. Od dawna mówił, że musi jechać, że ma dużo pracy, że naprawa czegoś tam, że do zrobienia coś tam… Podejrzewam, że stęsknił się za łajbą a mojego gadania ma powyżej uszu.
Przyznaję, że denerwowałam się tą jego samotną jazdą. Zwykle ja robię za pilota, zwracam uwagę na znaki, zjazdy, rozjazdy, mapę itp… Drugą moją rolą w podróży jest przynieś, podaj. Teraz musi dać radę sam.
Wstałam, zrobiłam mu kawę i jedź chłopie jak musisz! Tylko dawaj znać z drogi, że żyjesz i gdzie jesteś.
Faktycznie grzecznie się meldował: o ~10,00 przekroczenie granicy czeskiej, ~13,00 wjazd do Austrii, 14,10 – Wiedeń, granica włoska coś koło 19,00- tej. Zjechał gdzieś na parking przy Autogrillu i na tylnym siedzeniu auta pospał 8 godzin czyli całkiem nieźle. Żeby przewrócić się z boku na bok musiał przesiadać się na drugie siedzenie. No cóż… tak chciał, tak miał. O rezerwacji hotelu słyszeć nie chciał.
23.07. – czwartek
W Autogrillu droga do łazienki prowadzi przez duży sklep z różnościami i stanowiskami z kawą i przekąskami. Plan był taki: najpierw łazienka, potem pyszna włoska kawa i dalsza podróż. Ale w drodze z łazienki biedak się pośliznął, kule się rozjechały i wywinął orła. Narobił łomotu. Ludziska rzucili się na pomoc. Hen woli, żeby mu w takiej sytuacji nie pomagać, bo sam wie lepiej jak się pozbierać do kupki i co najpierw a co potem. Nie zdążył jednak zaprotestować ( a może nie wiedział jak to robić po włosku) a już był w pionie z kulami w rękach gotów do chodzenia. Z tego stresu i poobijania zapomniał o kawie i ruszył w dalszą drogę.
~9,00 dzwonił, że ma jeszcze do celu 500 km. Nie spieszył się więc, jeszcze gdzieś po drodze drzemał i do mariny dojechał pod wieczór. Zmęczony podróżą, poobijany po ornitologicznej przygodzie poprosił kogoś o podłączenie prądu, zameldował się, że dotarł i chyba padł.
Opisu kolejnych dni nie będzie , bo nie ma o czym pisać. Upał ~40 stopni. Hen ledwie żyje. Nic nie robi, tylko leży przy wentylatorze. Żeby przynieść coś z samochodu wstawał o 6,00 i robił wyprawę na parking, póki słońce było jeszcze za zabudowaniami mariny i było trochę cienia. Potem znów leżał przy wentylatorze. Któregoś dnia pochwalił się, że powlekł poduszki w kambuzie w zakupione przeze mnie poszewki.

Myślę, że pasowałaby do sytuacji Henryka troszkę zmieniona piosenka: „a ja leżę sobie w kambuzie, na dowolnie wybranym boku i mam to, co jest w życiu najświętsze – święty spokój” i tak do 07. 08. 2026 r.
07.08.2026 – piątek
To dzień, w którym pojawić ma się „siedmiu wspaniałych” i ocalić Henryka od śmierci z nudów. Załoga ma dotrzeć wieczorem. Taki mają lot do Bari. Hen mobilizuje resztkę sił i zmienia pościel w dziobowej, opróżnia półki dla załogi itp..
Załoga miała ponad dwie godziny opóźniony lot a byli umówieni z Giancarlo (taxi), że ich odbierze z lotniska. Oni wkurzeni, bo lot się opóźniał, Giancarlo, wkurzony, bo musiał przekładać inne umówione kursy.
Wreszcie nieco przed północą pojawili się w marinie. Przywitani muzyką karaoke z knajpy Al Molo. Chyba długo odreagowywali stres związany z podróżą, bo kontakt następnego dnia (08.08. – sobota) był mocno południowy. Prosiłam Kapitana Pawła aby wysyłał mi relacje i zdjęcia. Pod wieczór zadzwoniłam i okazało się, że płyną… na północ… bo chcą się popluskać w morzu. Płyną na silniku, bo wiatru zero. Wycisnęłam z nich zeznania, że zdążyli zrobić zakupy, Paweł oczyścił filtr pompki brodzika z łazienki rufowej. Dowiedziałam się, że łajba dostała pięknej brody na dnie a zaczepy obijaczy, które były zanurzone w wodzie zrobiły się hodowlą małży.


Panowie postanowili zakotwiczyć, popluskać się, sprawdzić dno łajby i już nigdzie dalej nie płynąć tylko nocować na morzu.


Patrząc na zdjęcie stwierdziłam, że Henryk trochę schudł. Brzuch jakby mniejszy… Ale wydało się! Paweł kazał mu wciągnąć tego kałduna i dlatego oczy ma takie wytrzeszczone.
Załoga zażywa kąpieli morskiej. Czemu się tak poprzyczepiali? Henryk chce odpłynąć i ich zostawić?


Kolejny dzień wyprawy – 09.08. – niedziela raniutko dostaję od Pawła piękne zdjęcie wschodu słońca.

O 6,00 -tej już wypływają. Zdecydowali, że jednak na południe. Podobno nawet trochę wiatru wieje, więc żagle pracują. A jak wiatr zdechł, ragazzi wzięli się do pracy i czyścili obijacze z wszelakiego paskudztwa.



Koło 19,00 mam wieści, że zacumowali w porcie w Bari.


Po drodze do Bari dmuchnęło 29 kt. Fale podobno nie duże bo ~2 m ale chłopaków trochę wybujało. Z relacji kapitana, Henryk najpierw ze dwie godziny wnikliwie oglądał wiadro w środku, wreszcie 0,5 godz. przed wejściem do portu rzygnął. Nie on jeden bił pokłony Neptunowi. Jeszcze trzech na zmianę celowało do zlewu. Dobrze, że nie na raz! Załoga podzieliła się na pół: czterech wstąpiło do klubu kolorowych ptaków, a czterech stawiało opór.
10.08. – poniedziałek
Henryk zadzwonił dopiero koło 11-tej. Część załogi poszła do miasta odwiedzić królową Bonę i zrobić zakupy. To spory kawałek drogi od mariny – 20 minut piechotą. Nie wszystkim chciało się chodzić po upale.
Henryk opowiedział mi trochę o załodze. Są to panowie w wieku słusznym. 60+ a nawet 70+ jedynie kapitan Paweł młodziak 50+. Spokojnie mogą być filią EKG czyli Ekskluzywnego Klubu Geriatryków. Trzech panów nosi piękne imię Jan. Żeby się nie zadeptali pchając się do pracy, gdy kapitan powie „Janek teraz twoja wachta!” załoga przypisała każdemu z Janów inną odmianę tego imienia. Jest Janusz, Jasiek i Janek. Są jeszcze: Marian, Kazik, Waldek i oczywiście Paweł kapitan i Henryk armator.








O 16,20 dostałam wiadomość, że wypłynęli w siną dal. Nie wiedzą gdzie. Zależy z jakiego kierunku będzie wiało.

Chyba dmuchnął im Akwilon, bo popłynęli na południe. Żeglowali aż do pięknego zachodu słońca.

Zakotwiczyli w Cala Ponte niedaleko Grotta di Santa Caterina. Są tam dwie głębokie groty w klifie, z małymi kamienistymi plażami wewnątrz.


Port Cala Ponte jest obok pięknego miasteczka Polignano a Mare. Może rano zrobią jakieś fajne zdjęcia?
11.08. – wtorek
O godzinie 8,20 zadzwoniłam, bo nie przysłali żadnych zdjęć. Okazało się, że o 5,00 kapitan zerwał towarzystwo i kazał płynąć. Ze zdjęciami problem, bo gdy przypłynęli już było ciemno i jak wypływali też było ciemno. Ech…. to się naoglądali!










W czasie, kiedy dzwoniłam byli już za Monopoli. A panom, nie wiedzieć czemu, nazwa tego miasta wydaje się być bardzo przyjazna.
Wieczorem dotarli do Brindisi, gdzie marina jest tuż przy lotnisku. Kiedy szukaliśmy miejsca do cumowania jako bazy, korespondowałam z kimś z mariny i wypytywałam o hałas od samolotów. Oczywiście odpowiedź była, że samolotów nie słychać. Potem znajomi byli tam osobiście i robili rozpoznanie terenu. Twierdzili, że faktycznie nie ma hałasu.







Ktoś z miejscowych wyjaśnił co znaczy nazwa Brindisi. Otóż jest to wzniesienie toastu za czyjeś zdrowie, jako znak gratulacji lub życzeń.






12.08. – środa

Miał być umyty pokład, ale Paweł z rozpędu myje wszystko.


Doprosić się nie mogę o relacje i zdjęcia. Jakoś opornie idzie porozumienie z facetami, którzy wyrwali się z domów i szaleją na morzu. Dopiero jak zagroziłam, że strzelę focha i się obrażę obiecali, że dopiszą mnie do grupy na „WhatsApp-ie”, gdzie wymieniają się zdjęciami. No ludzkie paniska – łaskawcy!



Wieczorem dostałam zdjęcia od Pawła – tak około 85 szt. No i teraz co z tym zrobić? Nie wiem skąd te zdjęcia są. We właściwościach wyświetla mi się tylko data, kiedy je otrzymałam a nie kiedy zostały zrobione. Porażka!

Nocują na kotwicy w pobliżu portu w San Foca niedaleko Otranto
Tu osobny rozdział – zwiedzanie knajp




Kolejny rozdział – spacery nocą po Brindisi















13.08. – czwartek. Od rana walczę ze zdjęciami mnóstwo jest zdublowanych. Część próbuję rozpoznać pytając mądralę AI i wychodzi na to, że nasz jacht to „Latający Holender” był i na Sycylii i na Malcie ech… Powoli umieszczam je tam, gdzie mi się wydaje słuszne – za błędy nie odpowiadam. Całą resztę umieściłam w dwóch rozdziałach powyżej.









W nocy podobno mieli duże fale i kapitan przestawiał jacht głębiej w zatoczkę. A z samego rana wypłynęli do Otranto. Niestety nie oglądają podobno pięknego brzegu, bo jest dużo płycizn i musieli się odsunąć w głąb morza. O 11,20 Paweł doniósł, że dotarli do celu. Zatoczki przed miastem są piękne i choć rano był spokój, momentalnie z upływem czasu zagęściły się turystycznymi łódeczkami.
Jest straszny upał ale muszą iść po zakupy więc delegacja w składzie Kazik, Janek i Paweł została wysłana do miasteczka.
Po drodze uzupełniają elektrolity

Paweł przysyłał mi zdjęcia ze spaceru po mieście. Wreszcie jestem na bieżąco. Nawet kapitana czasem do pionu trzeba ustawić 😉






Około 14,00 zadzwoniłam do Henryka i okazało się, że już wracają – płyną do Manfredonii. Wiatr mają ponoć nienajgorszy, ale trochę będą musieli popracować, bo płyną halsując. Żartowali sobie, że najpierw do Albanii, potem do Włoch, później do Czarnogóry i znów do Włoch i może trafią na Manfredonię.
O 16,30 dostałam od Pawła wiadomość, że być może będą żeglować w nocy i żebym się nie martwiła jak nie będzie zasięgu telefonicznego.
14.08. – piątek
Jest godzina 10.30 i nie mam żadnej wiadomości.
Po 11 – tej dostałam wiadomość od Pawła: „ten zygzak to nasza nocna orka. Nadal płyniemy i jeszcze długo będziemy. Pod wiatr 30 – 38 węzłów i duże fale. Wszystko pod kontrolą.”





Godzina 12,00. Wiadomość: „Wpływamy ponownie do Brindisi żeby odpocząć po ciężkiej nocy. Tym razem staniemy na kotwicy do wieczora. Przeczekamy przeciwny wiatr.”


Forteca została wzniesiona w XVI wieku w celu obrony portu zewnętrznego.

Rozmawiałam z Henrykiem ~13,00. Opowiadał, że nocka była koszmarna. Duże i krótkie, mocno dokuczliwe fale. Bryzgało wodą – wszystko mokre, podłoga w kambuzie śliska. Biedak wywinął orła. Na szczęście nie potłukł się bardzo. Pytałam, czy rzygali, odpowiedź była: „Coś Ty?! Za dobry obiad Paweł zrobił – kasza pęczak z konserwą – szkoda byłoby zmarnować.”




Panowie odpoczywają – zbierają siły na nocne żeglowanie. Prognozy mówią, że wiatr się zmieni, ale zmiana też miała być wczoraj.
Wieczorem dostaję wiadomość, że wypływają. Mieli trochę opóźnienia, bo jakiś wielki statek z gazem prowadzony przez 4 holowniki wpływał do portu i musieli czekać.


W nocy pytałam jak im się płynie. Kapitan odpowiedział: „Wiaterek prawie się skończył. Prawdopodobnie wczoraj za dużo go wypuścili i zabrakło na dzisiaj.”
15.08. – sobota
O 9,30 mam wiadomość od Henryka, że przed dziobem mają miasto Monopoli.





No to jeszcze kawał drogi przed nimi. Sprawdziłam w mapach jakie odległości pokonali i ile jeszcze przed nimi. Oczywiście ja sprawdzałam w linii prostej – nie brałam pod uwagę orania morza. Tak więc: z Otranto do Brindisi – ~73km [~40Nm]; z Brindisi do Monopoli ~65 km [~35Nm]; z Monopoli do Bari ~38km [~21Nm]; z Bari do Manfredonii ~96 km [~52Nm].
Zachciało się geriatrykom żeglowania to mają! Kapitan ich nieźle przeciągnął.
Wiem już, że wiatr był „fajny” – tylko słaby i idealnie w mordziulę.
Połowa załogi popłynęła pontonem na brzeg zwiedzać miasto. Druga połowa odpoczywa na łajbie. Tuż przed 14,00 dostałam wiadomość, że płyną dalej.

















O 20,00 są na wysokości Bari. Wiatru nie ma, żagle zwinięte – płyną na silniku. Zdecydowali, że rzucą kotwicę i odpoczną trochę.


16.08. – niedziela
07.30 rano – wiadomość od Henryka, że wypłynęli z Bari. Kierunek oczywiście Manfredonia. Jutro wieczorem załoga ma samolot do Polski. Otrzymałam również zdjęcia z Monopoli i okolic Bari, które zamieściłam powyżej.
Od Pawła wiadomość: „Wiatru brak, jedziemy po stawie adriatyckim na silniku. Gładziutko, cieplutko”



Jest 14,30. Kapitan zameldował mi, że są koło Bisceglie już po kąpieli i obiadku – „trzy w jednym” [3 rodzaje flaczków w jednym garnku].

Wyruszyli w dalszą drogę. Wiaterek umiarkowany w „słusznym kierunku” więc płyną z zawrotną prędkością 4 węzłów [7,4 km/h] czyli szybki chód pieszego, który od czasu do czasu parę kroków podbiegnie. Do celu mają ~34 Nm czyli jakieś 8,5 – 10 godzin.
Wyobrażam sobie jacy „wypoczęci” będą wracać z urlopu.
Godzina 17.03 wiadomość od kapitana, że mają 20 mil do Manfredonii i ciągle płyną na żaglach. A załoga jest bardzo zaangażowana.



O godzinie 21.00 wiadomość, że za około godzinę będą na miejscu.
Zadzwoniłam do Henryka o 22,30 – właśnie cumowali. Wcześniej byli na stacji benzynowej i zatankowali do pełna. Nie mogli zacumować na naszym miejscu, bo jakiś duży ponton tam sobie stanął. Pewnie do knajpy przypłynął. Trochę kiepsko, bo będą musieli jutro przestawić. Stanęli po drugiej stronie naszego vicino [sąsiada] – właściciela barku Movida. Na szczęście kabel był na tyle długi, że dali radę podłączyć się do naszego słupka na kei i mieli elektrykę.
17.08. – poniedziałek
Rano okazało się, że ponton, który rozgościł się na naszym miejscu to Carabinieri. Paweł poprosił marinero, żeby interweniował, bo jak załoga wyjedzie, to kto przestawi łajbę? Poza tym pokład trzeba umyć a woda musi być z naszego słupka. Niebawem przyszedł carabiniere, przeprosił, i powiedział, że za chwilę odpłyną. Potem załoga przestawiła jacht na swoje miejsce, ogarnęli co trzeba, zdjęli pościel i wynieśli do samochodu [trzeba będzie znów duże pranie robić]. O 17,00 Giancarlo podjechał taxi po załogę. pożegnali się i pojechali. Mam nadzieję, że pomimo sierpniowego upału [to norma] będą mile wspominać „Pomimo” .


tak polecieli
Marian napisał wiadomość, że o 2,05 był w domu, a wcześniej rozwiózł po domach chłopaków.

18.08. – wtorek Hen odpoczywa, zbiera siły na drogę powrotną.
19.08 – środa próbuję dodzwonić się do Henryka ale w telefonie gada po włosku jakaś uprzejma pani a nie on. A rano na WhatsApp-ie pojawiło się jeszcze kilka zdjęć i dwa filmiki – uzupełnienie.








Henryk zadzwonił, opowiedział mi o przygodzie, która go spotkała. Przy wychodzeniu z łódki przewrócił się i mocno stłukł kolano. Nie mógł się podnieść. Jak już jakoś udało mu się stanąć, nie mógł iść. Poprosił sąsiada – Włocha o pomoc: dał mu kluczyki do samochodu żeby podjechał blisko bramki do kei. Do bramki jakoś z bólem doszedł. Ale przez wypadek wyjazd mocno się opóźnił.
Martwię się, Henryka cały czas bardzo boli to kolano. Odzywał się wieczorem z trasy i rano po 8,00 – mej 20.08. [czwartek] był już za Wiedniem. Kolano nadal boli.
Przyjechał do domu po 16,00 -tej i po wyjściu z samochodu, na ścieżce do domu znów upadł. Ból nie pozwalał się ruszyć. Siedział na chodniku i nie mógł wstać. Wezwałam pogotowie. Zabrali go do szpitala w Konstancinie. Późnym wieczorem już po RTG nie było wiadomo co się dzieje. Dopiero tomograf pokazał złamanie kości udowej tuż nad kolanem. Albo operacja, albo gips. Wspólnie z Panią doktor ustalili, że operacja nie ma sensu, bo noga i tak jest niesprawna i po gipsowaniu bardziej niesprawna nie będzie.
21.08. – piątek – jeszcze do domu nie wypiszą – robią badania ogólne. Nic więcej nie wiem, bo są jakieś kłopoty z naładowaniem telefonu. Potem wiadomość, że w sobotę mógłby wrócić do domu, ale transport medyczny będzie dopiero w poniedziałek. Niestety weekend w szpitalu nie jest szczytem marzeń.
Nasz wyjazd wrześniowy [mój urlop] – to jedna wielka niewiadoma. Na razie odwołałam rezerwacje hoteli. A miało być tak pięknie…
2 komentarze
Kazimierz
Pani Aniu proszę przekazać dla Hania że już tęsknimy za za nim i życzymy szybkiego powrotu do zdrowia.
Jeszce wiele mil przed Nim.
Kazimierz
Anna
Dziękujemy oboje za życzenia.